Motoryzację niszczą podatki

Agaton Koziński
Z Andrzejem Sadowskim, ekonomistą, wiceprezydentem Instytut Adama Smitha rozmawiamy o polskim rynku motoryzacyjnym, który przeżywa głęboki kryzys.
Dane są ponure. W 2012 r. sprzedano w Polsce 270 tys. nowych aut, o 1,5 proc. mniej niż rok wcześniej.
Fot: VW
Fot: VW

Prognozy na obecny rok przewidują kolejny, bardziej radykalny spadek sprzedaży - do 260 tys. Jak to tłumaczyć? Kryzysem?

Jak mawiał Stefan Kisielewski: to nie kryzys, to rezultat. Obecny trend spadkowy to wynik załamania gospodarczego, ale przede wszystkim polityki rządu wobec sektora motoryzacyjnego. On jest obciążany najrozmaitszymi podatkami, przez co zakup samochodu jest bardzo drogi. Szczególnie uderzająca jest dodatkowa, wyższa opłata akcyzowa naliczana do aut o pojemności silnika powyżej 2000 cm3. Trudno racjonalnie ją uzasadnić, dlatego też należy ją uznać właściwie za podatek od luksusu. Nic więc dziwnego,  że Polacy omijają salony samochodowe i kupują używane auta,  najczęściej zagranicą. One są w pełni sprawne, a przy okazji  dużo tańsze. Stąd spadki sprzedaży i brak nadziei na wzrosty. Taki rezultat przynosi polityka rządu, która sprowadza się do nakładania kolejnych  podatków.

Ale czy tylko rząd jest winien? Widać spadek liczby sprzedanych  aut, a  jednocześnie firmy motoryzacyjne nie obniżają cen. Tymczasem naturalną jest sytuacja, w której w dół idą ceny produktów, które nie znajdują nabywców. Czemu ta zasada na rynku motoryzacyjnym nie działa?
Polski rynek motoryzacyjny jest podzielony pomiędzy kilku graczy, trudno mówić, by był tak samo konkurencyjny jak w innych krajach. O klientów walczy się więc w inny sposób, producenci nie rywalizują na ceny. Choć być może ta strategia jest błędna, bowiem nie widać, by Polacy masowo wykupowali samochody stojące w salonach. Dziś mają inne problemy, przede wszystkim martwią się tym, by nie stracić pracy. Jeśli ją utrzymają, to dopiero potem będą się zastanawiać,  jaki samochód sobie kupić. Dziś auto w Polsce ma właściwie każdy, ale traktujemy je przede wszystkim jako narzędzie. Dlatego nie zwracają większej uwagi na markę, jaką jeżdżą.

Dla wielu osób auta stanowią także hobby
Ale tylko dla wąskiej grupy są wyznacznikiem statusu społecznego. Choć i tak proszę zwrócić uwagę, jak zmienia się stosunek Polaków do samochodów. Jeszcze do niedawna jeżdżono nimi, dopóki się nie rozleciały, naprawiano je, dopóki było jeszcze  co naprawiać. Tymczasem od pewnego czasu coraz więcej pojazdów się złomuje. To nowość, kiedyś tego nie było. To dowód rosnącej zamożności Polaków. Choć w ostatnim roku wyraźnie zauważalne było spowolnienie gospodarcze, które przełożyło się na spadek liczby sprzedanych aut w salonach. Sytuacji nie poprawiły nawet wyprzedaże, które zaczęły się pod koniec roku. Także widać, że na razie nasza zamożność poprawiła się nieznacznie.


Andrzej Sadowski Fot: Archiwum
Andrzej Sadowski Fot: Archiwum

We Francji, czy w Niemczech tamtejsze rządy sfinansowały specjalne programy, które zachęcały do kupna nowych aut. Czy gabinet Donalda Tuska powinien powtórzyć podobne rozwiązanie w kraju?

Absolutnie nie. Polski rząd i tak nie może sobie na to pozwolić, bo jest zbyt mocno zadłużony. Ale to nie jedyna przyczyna, dla której nie powinien tego robić. Trzeba także zwrócić uwagę na konsekwencje decyzji podjętych przez Paryż, czy Berlin. Rząd we Francji szuka sposobu, by przekazać kolejne miliardy euro francuskim firmom motoryzacyjnym, ale to nie przyniosło żadnego efektu. Podobnie nie pomaga fakt, że polskiej służbie zdrowia co roku przekazuje się miliardy złotych na uregulowanie jej zobowiązań. System w ten sposób po prostu nie działa.

Barack Obama zdecydował się pomóc amerykańskim koncernom samochodowym - i one stanęły na nogi.
Ale tam zadziałały inne czynniki. Po pierwsze, firmy w USA były pod ścisłą kuratelą rządową. Po drugie, zaczęła im spadać sprzedaż, bowiem Amerykanie nie chcieli kupować samochodów, których produkcję dotuje państwo. Koncerny motoryzacyjne zdecydowały się więc jak najszybciej spłacić rządowe pożyczki, by w ten sposób odzyskać zaufanie klientów.

Czy więc władze powinny w jakikolwiek sposób wspierać przemysł motoryzacyjny? On jest wielkim pracodawcą, także trudno przechodzić obojętnie obok jego problemów.
Jeśli rząd chce pomóc, to może obniżyć podatki na auta. A na pewno powinien zlikwidować  akcyzę na pojazdy o dużej pojemności.

Ministerstwo Gospodarki szuka ciągle sposobu na ożywienie fabryki na Żeraniu, a także próbuje uratować miejsca pracy w montowni Fiata w Gliwicach. Czy te  działania są potrzebne?
Takie działania są nieefektywne, także nie ma żadnego powodu, dla którego rząd miałby zabierać polskim emerytom pieniądze, by budować fabryki montujące w Polsce samochody. Przecież takie montownie nie są żadnym wyznacznikiem rozwoju cywilizacyjnego.

Może warto poszukać sposobu, by znów produkować polskie samochody? Własna marka jest chlubą wielu państw.
Ale rząd nie może posiadać własnej marki samochodu. Tak samo jak nie może posiadać własnej linii lotniczej, bowiem to się kończy wielomiliardowymi stratami - jak to miało miejsce w ostatnich latach w przypadku LOT-u. Polacy są  zbyt biedni na to,  by pozwolić sobie na takie fanaberie. Rząd musi przede wszystkim pilnować, aby polski rynek pracy był elastyczny i tworzył nowe miejsca pracy. Natomiast nie powinien wyznaczać dziedzin, czy gałęzi przemysłu, w których te miejsca pracy będą powstawać.

od 7 lat
Wideo

Od dzisiaj kierowcy Ubera i Bolta muszą mieć polskie prawo jazdy.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na motofakty.pl Motofakty