Expedycja Mahrab

Redakcja
Ponad 11 tys. km dróg i bezdroży, dwa kontynenty, niezapomniane wrażenia – tak wyglądała Expedycja Mahrab. Oto jedna z relacji z podróży.

 

Tetouan jest małym miasteczkiem, dla wielu turystów pierwszym przystankiem w drodze przez Maroko. Dla nas oznacza przede wszystkim espresso w wysokich szklankach plus mleko z

Fot. T. Kempa
Fot. T. Kempa

dzbanka i bułeczki z serem i dżemem, czyli afrykańskie śniadanie a’la francaise. Dopiero po posiłku decydujemy się zwiedzić inne rzeczy.I z naiwnością nowicjuszy pytamy o drogę pierwszego przechodnia.

 

Promienny uśmiech rozlewający się na jego twarzy trochę nas zaniepokoił. Pan okazał się jednak istną kopalnią wiedzy i z zaskakująca uprzejmością zaproponował nam oprowadzenie po wszystkich zakątkach Medyny (czyli starego miasta). Jak niewinne owieczki podążyliśmy za nim krętymi uliczkami, podziwiając kolory (niezwykłe), stroje (orientalne), mieszaninę dźwięków (rozmowy w różnych językach, ryk osiołków, gdakanie kur, klaksony, modlitwy muezzinów na wieżach meczetów) i zapachy. Te ostatnie zrobiły na nas szczególnie silne wrażenie, szczególnie w okolicy garbarni.

 

Medyna jest zamieszkana głównie przez handlarzy żyjących z turystyki, a także ludzi, których po prostu nie stać na przeprowadzkę. Dla mieszkańców Medyny wszystko, co decyduje o jej malowniczości, jest wyłącznie denerwującą codziennością. Uliczki są kręte, domy mieszkalne oddzielone od ulic murem, a całość budzi w turystach wrażenia najróżniejsze.

 

Fot. T. Kempa
Fot. T. Kempa

Jedni zachwycają się tętniącą życiem dzielnicą, którą rządzą skomplikowane zasady i reguły, dzięki którym można przetrwać wśród osaczającego tłumu i znaleźć w nim swoje własne miejsce. Za fasadami sklepików i uśmiechami sprzedawców kryje się inna opowieść o Medynie, której nie znają turyści.

 

Łatwo jest tu znaleźć przyjaciół, gorzej ze znalezieniem bezinteresownych. Nawet zwykłe kupienie bananów przypomina spacer po linie - trzeba uważać, by od stoiska nie odejść unosząc wielki stos owoców zakupionych niechcący i za potworną cenę. Z drugiej strony - lęk przed oszustwem sprawia, że często trudno jest zaakceptować prawdziwy gest życzliwości - a takich nie brakuje.

 

Na nas Medyna robi przygnębiające wrażenie. Nie możemy odnaleźć się w natłoku wrażeń i ludzi. Zdajemy sobie sprawę z tego, że minie kilka dni, zanim dopasujemy się choć trochę do tutejszego sposobu życia. Onieśmiela nas kultura zupełnie różna od europejskich, obco brzmiące słowa, osiołki wychodzące z domów i dzieci bawiące się miedzy straganami.

Fot. T. Kempa
Fot. T. Kempa

 

Przeraża widok mężczyzn pracujących w garbarni - w upale i dławiącym smrodzie świeżych skór zwierzęcych. Na bazarze można kupić niemal wszystko, ale większości mieszkających tu ludzi nie byłoby stać na prawie żadną z rzeczy sprzedawanych przez ich sąsiadów.

(o ile chcieliby je kupić w cenie dla turystów oczywiście).

 

Po zakończonej wycieczce nasz miły przewodnik wyciąga od nas prawie 15 euro (za co? - za uprzejmość). Kłócić się z nim i tak nie ma po co, w razie czego stanąłby za nim murem cały tłum z bazaru. Zasada jest prosta - płacisz tyle, na ile zostałeś wyceniony przez przewodnika.

Jak wiadomo, nawet najbardziej wprawny w targowaniu się turysta nie jest w stanie zbić ceny do takiej, jaką zapłaciłby ktoś miejscowy. Właściwie jest to sprawiedliwe - biorąc pod uwagę tamtejsze zarobki, turyści za wszystko płaciliby grosze, a na te grosze Marokańczyk musiałby pracować naprawdę ciężko. I oczywiście jeśli ktoś jest turystą, z założenia powinien mieć więcej pieniędzy. Bo gdyby nie miał, toby go tu nie było (ten argument działa bardzo na nerwy autostopowiczom i studentom).

 

Ale oczywiście targować się trzeba. Kika złotych zasad:

- Kiedy usłyszysz kwotę, pokręć głową i podaj niższą o 70%. I tak trzeba będzie zapłacić więcej, ale prawdopodobnie usługa jest warta właśnie tyle.

- Jeśli sprzedawca się nie zgodzi, odejdź. Jesli mu zależy, zawoła cię znowu.

- Pokaż, ze znasz się na danym produkcie, znajduj sęki w drewnie i w skupieniu opukuj arbuzy

Fot. T. Kempa
Fot. T. Kempa

(uwaga! Wymaga albo wiedzy, albo zdolnosci improwizacyjnych, ale to dobra zabawa)

- Nie rób awantury. Nie wypada. Najwyżej czegoś nie kupisz.

- Nie chodź na zakupy samotnie, zwłaszcza jeśli jesteś nieśmiały albo płci żeńskiej.

- Najważniejsze: dla własnego dobrego samopoczucia nie zbijaj ceny ile się da. Poprzestań na takiej, którą uważasz za odpowiednią i którą zgadzasz się zapłacić. Po co pozbawiać kogoś zarobku, a siebie dobrego humoru?

 

Cóż, teoria teorią, a panu przewodnikowi zapłaciliśmy zdecydowanie za dużo i właściwie nie wiadomo za co. Trochę zniechęceni ruszamy dalej.

 

Docieramy do Larache, miasteczka nad morzem, gdzie z rozpaczą w oczach szukamy jakiegoś czystego hotelu, na szczęście znajdujemy taki bardzo szybko. Wreszcie możemy odświeżyć się trochę! Wymyci i pachnący udajemy się w stronę plaży, gdzie co prawda nie jest tak wietrznie jak we Francji, ale za to kamienie kłują i widok jest taki sobie.

 

O wiele ciekawiej jest w samym miasteczku - wąskie uliczki podobne do tych w Teuan, ale my już jesteśmy bardziej przygotowani na czekające nas widoki. Szybko stajemy się obiektem zainteresowania grupy dzieci, które są śliczne, miłe i wesołe. Nic sobie nie robią z tłoku, niezbyt przyjemnej mieszanki zapachów i innych rzeczy, które dla nas są nowością.

 

Nawet to, że mówimy innym językiem, nie stanowi problemu. Nie mija minuta, a wędrujemy już w dużej asyście. Oczywiście dzieci bardzo szybko zaczynają się domagać prezentów, ale na szczęście nie przyjmują naszej odmowy zbyt boleśnie - sami w sobie jesteśmy wystarczającą atrakcją.

 

Nawet nie zauważamy, kiedy robi się ciemno. Zresztą życie w miasteczku ożywa właśnie z nadejściem wieczoru (i spadkiem temperatury). Nagle jak spod ziemi pojawiają się ludzie, niepozorne drzwiczki otwierają się, ukazując wnętrza sklepików, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Wokół unoszą się smakowite zapachy, żółte swiatła żarówek i rozmaitych lampek odbijają się w oknach, a wszyscy dookoła wydają się bardzo czymś zajęci, coś niosą, kupują, sprzedają, gdzieś się śpieszą - az do 10 wieczorem, kiedy wszystkie stragany zostają zamknięte, drzwiczki i drewniane okiennice z trzaskiem wracają do poprzedniej pozycji i na ulicy zostajemy tylko my. Zupełnie jakby przez parę godzin otwarte było przejście do innego świata, a potem czar pryska.

 

Na szczęście zdążyliśmy napić się jeszcze "marokańskiej whisky", czyli zielonej herbaty z cukrem i miętą: jej aromat łączy się z zapachem przypraw i morza, nowo poznani znajomi siedzą z nami przy stoliku, a my z rozkoszą oddajemy się kontemplacji Maroka, z którym wreszcie zaczynamy przechodzi na "ty".

 

Rano budzimy się z błoga świadomością, że nasze rzeczy są wyprane przez praczki hotelowe, i z perspektywą ubrania wreszcie czegoś nie przesiąkniętego zapachem samochodu. Niestety, jak to zwykle bywa, nasze nadzieje szybko zostają rozwiane (czy nam się zdaje, czy jest ulewa?), więc trochę przygnębieni wsiadamy do samochodu we wczorajszych ubraniach, unosząc ze sobą trzy wielkie plastikowe worki wypełnione smętnymi fragmentami mokrej odzieży. Z worków wciąż trochę kapie. Kapie też deszcz na przednią szybę, co przypomina nam o zepsutych dalej wycieraczkach. Po dość długich poszukiwaniach udaje nam się znaleźć warsztat, w którym możemy się dogadać po francusku (a nie tylko po hiszpańsku), i juz po czterech godzinach problem zostaje rozwiązany (w duchu jednak jesteśmy przekonani, że skoro działają już nam wycieraczki, na pewno przestanie padać).

 

Po drodze podziwiamy widoki (wreszcie możemy!). Mijamy kobiety ubrane w kolorowe stroje (choć zasłaniają włosy i kryją twarze przed obcymi, najwyraźniej bardzo dbają o swój wygląd i ubierają się ze smakiem, którego mogłoby im pozazdrościć wiele Europejek!) - niestety, zrobić im zdjęcie nie jest łatwo - uprzejmość nie pozwala odmawiać, ale odwracają się odruchowo z nerwowym śmiechem. Szybko dajemy więc za wygraną.

 

Zresztą autostradą jedzie się szybko. Przed stolicą zatrzymujemy się jeszcze na obiad na Mahdiya Plage. I znów nie mamy szczęścia do kąpieli w morzu! Zimno. Wieje. Pada. Odstraszająca pogoda zniechęca większość z nas do kąpieli. Wolimy skupić się na (ciepłym) obiedzie. I znów w drogę - do Rabatu.

 

 Niestety nie zwiedzamy za wiele. Trochę nie ufamy wizji kraju, jaką można sobie wyrobić na podstawie jego stolicy. Rabat to przede wszystkim ośrodek przemysłu i handlu. Co prawda jest miastem starym (prawie tysiącletnim) i jest w nim wiele budynków zasługujących na zwiedzenie, poza tym jest ważnym centrum kultury islamu - ale zdążamy dostrzec tylko mauzoleum Mohammada V (zresztą piękne, z XIV wieku, a od niedawna podświetlone wieczorami) - i wypadamy - nawet bez większego błądzenia -z powrotem na autostradę, w drodze do Casablanki...

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Jak kupić używany samochód i nie dać się oszukać? Zobacz 3 sposoby NA

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Wróć na motofakty.pl Motofakty
Dodaj ogłoszenie